Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyutopia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyutopia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2015

Julia. Trzy tajemnice. Chcesz poznać choć jedną z nich?

Autor: Tahereh Mafi
Tytuł: ,,Julia. Trzy tajemnice"

Tytuł oryginalny" ,,Unite Me"
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte/Moondrive
Seria: Dotyk Julii 2,5#

Data wydania: 22 września 2014
Liczba stron: 199
Gatunek:  literatura młodzieżowa, fantasy, dystopia, antyutopia
Moja ocena: 4/10


Książki można, wielce uogólniając, podzielić na dwie kategorie: pojedyncze i serie. Skupiając się na tych drugich, ostatnio popularnym dodatkiem stały się nowelki - cieniutkie książeczki. Dodatek do Selekcji, Niezgodnej, Dotyku Julii... I to właśnie po ten ostatni odważyłam się sięgnąć.

Cieniutka, bo zawierająca niecałe 200 stron lektura, podzielona jest na trzy części - pierwsza, to Destroy Me. Autorka opisała w niej wydarzenia, które miały miejsce pomiędzy pierwszą a drugą częścią serii. I to z perspektywy nie byle jakiego bohatera, bo Warnera. Druga - Facture Me, historia, która wydarzyła przed finałową częścią sagi. Tym razem opowiada ją rywal Warnera - Adam. Trzecia część, to natomiast Dziennik Julii. Specjalny, specjalny dodatek, dla najlepszych fanów Julii.

Pierwsze dwie opowieści nie wywarła na mnie zbyt dobrego wrażenia. Może to wina tego, że nie zapoznałam się wcześniej z Julkową trylogią, sięgnęłam po coś przeznaczonego tylko dla wtajemniczonych. Opisywane wydarzenia wzięły się dla mnie nagle, jak z kosmosu. Może i odkrywały inną stronę charakteru głównych męskich postaci, ukazywały  je w innym świetle i pozwoliły wnikną w głąb umysłu, ale według mnie, autorka mogła bardziej się wysilić.

Dziennik Julii, ku mojemu zaskoczeniu, stał się muzyką dla moich uszu. Dziewczyna opisała w nim emocje, które kłębiły się w jej głowie podczas 264 spędzonych w czterech ścianach w szpitalu psychiatrycznym. Bo jak może czuć się nastolatka porzucona przez rodzinę, nikomu niepotrzebna? Kilkanaście stron przepełnionych emocjami zapisków, które pozostawiły mnie w wielką huśtawką nastrojów.

,,Czy już zwariowałam?
Czy to już się stało?
Po czym to poznam?"

Julia. Trzy tajemnice to z pewnością nie lada gratka dla fanów serii Tahereh Mafi, jednak osobom, które jeszcze nie przeczytały serii radzę: powiedzcie ,,Nie!" tej książce przed zapoznanie się z całością. Sama żałuję, że tak nie zrobiłam. Mimo, iż ta cienka powiastka nie zrobiła na mnie zbyt dobrego wrażenia, planuję zapoznać się z trylogią. Ciekawy sposób pisania autorki dodatkowo przemawia, by uczynić to w najbliższym czasie.

czwartek, 11 grudnia 2014

"Dawca". Ostrzeżenie dla tych, którym powierzamy przyszłość

Autor: Lois Lowry
Tytuł: "Dawca"
Tytuł oryginalny: "The Giver"
Wydawca: Wydawnictwo Media Rodzina
Seria: Dawca 1#
Data wydania: 20 sierpnia 2014
Liczba stron: 206
Gatunek: dystopia, antyutopia, science fiction

Moja ocena: 6/10

Wiele książek zostało nagłośnionych przez media, pisano o nich na portalach, recenzowano na blogach. Było wokół nich wiele szumu, czasami tyle, że tytuły wychodziły niektórym uszami. Powieści te niejednokrotnie zekranizowowano, budząc u książko amatorów i książkoholików ogromny, nieznośny głód książkowy. Czy możliwe, żeby 'sławna' powieść okazała się... nijaka?

Jedną z takich - w moim mniemaniu - książek jest Dawca. Bo, powiedzmy sobie szczerze, kto nie słyszał o filmie Dawca Pamięci? Kto choćby przez chwilę, nie zawiesił oka na okładce książki w empiku lub w internecie? Kto nie zerknął na zwiastun udostępniany na wszelkich możliwych stronach? Przyznawać się! Takich osób nie będzie dużo.

Idealnie... Czy tak na prawdę? Jedzenie przynoszone pod nos, doskonale dobrana praca, stworzone przez komisję małżeństwa, brak rozwodów i bezrobocia, brak problemów, itd, itp... Jednym słowem - żyć nie umierać! Ale czy na pewno? Świat bez uczuć, wspomnień, miłości, prawa decydowania o własnym życiu. W takim otoczeniu na co dzień przebywa Jonasz. Wszyscy posłusznie i bez pytań wykonują swoje zadania, powtarzając machinalnie: Przeprosiny zostały przyjęte. Gdy chłopak wraz z upływem czasu poznaje prawdę, musi dokonać wyboru, który zmieni na zawsze jego życie. Czy jest na to gotowy?

Pani Lois z pewnością trzeba pogratulować jednego - pomysłu. Oryginalny, odbiegający od utartych schematów, można powiedzieć - nietuzinkowy, ale... niezbyt dobrze wykorzystany. Bo czy tylko mi się wydaje, że na 206 stronach nie można oddać w pełni uroku powieści? Choćby był nie wiadomo jak genialny... No way. 

"Miażdżony bólem, godzinami leżał w straszliwym smrodzie, słuchając,
jak giną ludzie i zdychają zwierzęta, aż dowiedział się, co to znaczy wojna."

Wychodząc z Dawcą z biblioteki byłam, cóż tu dużo mówić, przeszczęśliwa. Ba! Ja z niej nie wychodziłam - ja unosiłam się nad ziemią. Jednak już po pierwszych paru stronach lektury zrozumiałam, że coś tu jest nie tak jak trzeba. Z każdą kolejną stroną w głowie kołatała mi się myśl: czy coś się wreszcie zacznie dziać?! Nie czułam dreszczyku emocji, nie przeżywałam wraz z Jonaszem przygód. Po prostu czytałam to, co zostało napisane. Nigdy pomiędzy wierszami.

Z bólem serca muszę przyznać, że książka nie sprostała moim oczekiwaniom. Okazała się zbyt monotonna i bezbarwna. Pozostaje mi wierzyć, że film został nakręcony na wyższym poziomie (choć to nie zdarza się zbyt często). Z pewnością nie jest to lektura dla osób lubiących adrenalinę - to tekst na wyciszenie, uspokojenie i, być może, krótką refleksję przed snem.

czwartek, 20 listopada 2014

"Kosogłos" - genialne zakończenie trylogii Suzanne Collins.

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: "Kosogłos"
Tytuł oryginalny: "Mockingjay"
Wydawca: Media Rodzina
Seria: Igrzyska Śmierci 3#
Liczba stron: 373
Gatunek: fantasy, inner space, antyutopia, science fiction, dystopia
Moja ocena: 9,5/10
Wyobraź sobie, że nagle dowiadujesz się, że twój dom został zniszczony. Nie ma twojej miejscowości, nie żyje większość mieszkańców, nie wiadomo kto ocalał, a ty nie możesz nic zrobić, co najwyżej patrzeć na zgliszcza pozostałe po twojej małej ojczyźnie. Aż tu nagle… budzisz się! Uff... okazało się, że to był tylko zły sen. Wstajesz z łóżka i żyjesz dalej. Jednak nie wszyscy mają takie szczęście…
Katniss Everdeen przeżyła 74 Głodowe Igrzyska, udało się jej także przetrwać Ćwierćwiecze Poskromienia. Niby wszystko super, ale w odwecie Kapitol zrównał Dwunasty Dystrykt z ziemią. Ocalała ludność i trybuci uratowani z areny (ale bez chłopca z chlebem) trafiają do podziemnego Trzynastego Dystryktu, który wbrew kłamstwom przetrwał i szykuje się do ostatecznej rozprawy z Kapitolem. Katniss, z początku nastawiona negatywnie, mimo niechęci, zgadza się zostać Kosogłosem. Jako symbol rebelii będzie starała się obalić rządy Kapitolu i walczyć o wolność. Będzie musiała zmierzyć się nie tylko z żołnierzami prezydenta Snowa, ale także ze swoimi dylematami moralnymi: gdzie leży granica pomiędzy poświęceniem dla innych ludzi a własnym dobrem?, czy wojna usprawiedliwia morderstwa i okrutne postępowanie? oraz będzie musiała wybrać pomiędzy dwoma wielkimi miłościami.
Zalety? Dużo by wymieniać. Po pierwsze genialnie ukazani bohaterowie… Genialnie, jeszcze genialniej niż w dwóch pierwszych częściach. Wraz z nimi przeżywałam wszystkie przełomowe, często tragiczne wydarzenia. Wiedziałam co każdy z nich czuje, co myśli, jakie ma poglądy na świat. Po drugie zwroty akcji. Czytam, czytam, czytam i wydaje mi się, że na najbliższych stronach nie wydarzy się nic ciekawego. Myślę: „Doczytam tylko do końca rozdziału i idę spać.” I z moich planów nici, bo pani Collins znowu wyskoczy z jakąś niespodziewaną niespodzianką! Po trzecie styl pisania. Niczego nie musiałam się domyślać, prawie wszystko podane jak na tacy. Piszę „prawie”, bo części trzeba się domyślić. Ale to zamierzony efekt autorki – nutka tajemniczości musi być. Zalet- mnóstwo. Wady? Brak. Naprawdę nie mam się do czego przyczepić.
„Kosogłos” to ostatnia część trylogii Igrzyska Śmierci. Niektórzy twierdzą, że jest to najgorsza część serii – ja powiem jedno: mylą się! Pani Collins w ostatnim tomie dokonała nie lada wyczynu – „Kosogłos” jest jeszcze bardziej brutalny, krwawy i antywojenny niż „Igrzyska Śmierci” i „W pierścieniu ognia” razem wzięte. Jak napisał The New York Times: „Jest w tych książkach ostra satyra na kulturę celebrytów, bezmyślnych tabloidów, dekadentyzmu (…) Jednocześnie trylogia opiera się naszemu głodowi prostych definicji dobra i zła, naszej sentymentalnej tęsknocie do spraw wartych zachodu, naszemu pożądaniu prostych zakończeń, a nawet bohaterów, których nie chcielibyśmy widzieć zabitych, torturowanych i poturbowanych.” Autorka dokonała odważnych decyzji. Nie zawsze szczęśliwych, ale na wojnie tak bywa. Jeśli jeszcze nie przeczytaliście „Kosogłosa” mam dla was jedną radę – natychmiast idźcie do biblioteki lub do księgarni i czytajcie, czytajcie, czytajcie… Jednak nie przywiązujcie się zbytnio do bohaterów. Wiem, że to trudne, ale w tym przypadku naprawdę oszczędzicie łez.
Collins napisała książkę, przy której na pewno nie będziecie się nudzić. Pokazuje jak okrutny jest świat, jak bezwzględni są ludzie. Doskonale ukazuje piekło wojny i ostrzega nas przed nią. Po lekturze „Kosogłosa” warto zadać sobie pytanie: czy naprawdę warto toczyć nieustanne walki w władzę? Kto wie, może za kilkadziesiąt lat po naszym świecie zostanie wyniszczona, sucha ziemia dymiąca po zagładzie świata?
Cała seria jest autorskim sukcesem, jednak pisząc podsumowujący tom trylogii autorka przeszła samą siebie. Książkę przeczytałam jednym tchem. Z każdą stroną robi się coraz ciekawiej. By w pełni zrozumieć co Suzanne miała nam do przekazania musiałam dwa razy przeczytać tę piękną, inteligentną opowieść. Książka wywarła na mnie wielkie wrażenie i zmieniła nastawienie do życia. Po przeczytaniu długo leżałam, patrzyłam w sufit i wzdychałam: „Wow! Arcydzieło!”
Recenzja była opublikowana na poprzednim blogu. Zdaję sobie sprawę, że jest to pean pochwalny, ale pisałam ją zaraz po przeczytaniu książki, a wtedy zdarza się, że emocje biorą górę nad rozsądkiem. ;)

piątek, 7 listopada 2014

"Deklaracja" - świat jakiego nie chcemy znać.

deklaracja
Autor: Gemma Malley
Tytuł polski: „Deklaracja”
Tytuł oryginalny: „The Declaration”
Wydawca: Wydawnictwo Wilga
Seria: Deklaracja 1#
Liczba stron: 311
Gatunek: dystopia, science fiction, antyutopia
Moj ocena: 8,5/10
„Igrzyska Śmierci” wywołały w księgarniach wielkie zamieszanie. Wszyscy chcieli poznać bestsellerową trylogię Suzanne Collins. Dlaczego „Deklaracja” nie wywołała takiej burzy?
Rok 2140. Ludzie są podzieleni na legalnych, czyli osoby, które mają prawo do życia, i nadmiary – istoty nie mające prawa bytu. Są jeszcze tak zwani nielegalni, osoby, których łapacze nie zdołali złapać. Nieliczni. Anna jest nadmiarem. Przebywa w zakładzie dla nadmiarów i nie zna świata poza murami. Wierzy, że nie ma prawa do życia, z całych sił stara się zostać wartościowym zasobem. Chce jak najlepiej służyć legalnym, by odkupić winę rodziców, których nienawidzi z całego serca. Oni złamali Deklarację, myśleli wyłącznie o sobie. Pewnego dnia do zakładu przebywa Peter. Opowiada Annie o życiu poza murami, przekonuje, że każdy ma prawo do życia. Mówi, że zna jej rodziców, że oni ją kochają, potrzebują jej. Anna z początku nie słucha chłopaka. Przecież on nic nie wie. Musi jak najszybciej poznać Swoje Miejsce. Ale on dalej uparcie nazywa ją Anną Covey i dziewczyna zaczyna się wahać. Komu powinna zaufać?
Anna jest najważniejszą postacią. Prowadzi pamiętnik, w którym opisuje swoje przeżycia i odczucia. Właśnie dzięki tajnemu - bo nadmiary nie mogą mieć nic na własność - dziennikowi poznajemy jej wnętrze. Gdy zjawia się Peter Anna nie wie co myśleć. Chłopak denerwuje ją, a jednocześnie intryguje. Jest w nim coś takiego… innego. Jednak nie na tych bohaterach chciałabym się skupić. Dyrektorką Grange Hall jest Margaret Pincent. Nie jest to postać najważniejsza, lecz ma znaczący wpływ na bieg wydarzeń. Kobieta nienawidzi swoich podopiecznych, zrobi wszystko by żyło im się jak najgorzej, ale jej postawa nie jest bezpodstawna. W przeszłości stało się coś strasznego, o czym nie może zapomnieć. Szuka zemsty.
„Deklaracja” jest swego rodzaju ostrzeżeniem. Jeśli za kilkadziesiąt, może kilkaset lat, ktoś wpadnie na pomysł wynalezienia lekarstwa na długowieczność, jak będzie wyglądał świat? Najmłodsi będą mieli po 50 lat, a nieliczne młodsze osoby będą traktowane jak przestępcy? Jakby wszyscy zapomnieli o dobrych stronach młodości: zabawie, beztrosce, pierwszych miłościach i smutkach, spotkaniach z przyjaciółmi... Każdy ma prawo do życia, ale nikt nie zasługuje na wieczne życie. W naturze nie chodzi o zachowanie starych rzeczy, ale o tworzenie nowych. Młodzi ludzie są przyszłością świata. To właśnie młode umysły, jeszcze niezaprzątnięte wzorami i zależnościami, dokonują przełomowych odkryć. Świat pełen starych ludzi, który są przekonani, że wiedzą wszystko, a rzeczy nowe i obce nie mogą być dobre, byłby nieszczęśliwy. Brakowałoby dzieci, szczęścia i uśmiechu towarzyszącego ich wychowaniu. Czy naprawdę chcemy, by świat był w przyszłości właśnie taki?
Nie bez powodu na początku porównałam „Deklarację” do „Igrzysk Śmierci”. Kto nie zgodzi się z tym, że „Igrzyska” to książka aż do bólu brutalna i krwawa? „Deklaracja” też jest brutalna i krwawa, jedna w niewielkim stopniu. Pomimo tego te dwie książki mają ze sobą bardzo dużo wspólnego. Obie zwracają uwagę na przyziemne sprawy, takie jak jedzenie, mieszkanie, prawo do życia. Z tym że Gemma Malley z swoim dziele zwróciła szczególną uwagę na życie i sens życia. Podstawowa rzecz, jednak jej nie doceniamy. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś może nam je odebrać, choćby nawet w tej chwili. Życie jest kruche. Musimy ciszyć się każdą chwilą, bo nie będziemy tutaj wiecznie. A wiecie co? Ja nawet nie chciałabym żyć wiecznie. Mając świadomość, że coś się skończy, bardziej to doceniamy.
Książka napisana przez Gemmę Malley jest niesamowita, a wizja przedstawionej w niej przyszłości naszego świata – przerażająca i wstrząsająca. Powieść wywarła na mnie ogromne wrażenie. Mam tylko nadzieję, że w przyszłości politycy w kampaniach wyborczych nie będą się wzorować na treści książek. To by było straszne, nie życzę przyszłym pokoleniom takiego życia. Książkę z czystym sercem polecam zwłaszcza fanom popularnego dzisiaj gatunku – dystopii i osobom zainteresowanym wizją przyszłego świata, ale jeśli nie zaliczasz się ani do jednej, ani do drugiej grupy, to też możesz zdobyć powieść i oddać się lekturze. Bo warto.
Recenzja była opublikowana na poprzednim blogu.

czwartek, 23 października 2014

"Legenda. Wybraniec", czyli ciąg dalszy mojej przygody z Marie Lu.

Legenda-Wybraniec_Marie-Lu,images_big,13,978-83-7895-099-8Autor: Marie Lu
Tytuł polski: „Legenda. Wybraniec”
Tytuł oryginalny: „Prodigy”
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Seria: Legenda #2
Liczba stron: 366
Gatunek: antyutopia, dystopia, science fiction
Moja ocena: 9/10
Kto kiedyś nie mógł się doczekać chwili, w której sięgnie po kolejną część ulubionej serii? Jeśli nie każdy mól książkowy, to na pewno większość, bo gdy raz się przepadnie w książkowym świecie, bardzo trudno jest sobie odmówić powrotu. ;) Jako, że i ja zaliczam się do nałogowych książkoholików, nie mogłam sobie odpuścić drugiej części trylogii Marie Lu.
Minęło już 9 dni od chwili, gdy Day i June uciekli z Batalla Hall. Dwójka najpopularniejszych i najbardziej poszukiwanych obywateli Republiki podjęła ryzykowną decyzję – podróżują do Vegas, by dołączyć do Patriotów. Day jest na skraju wyczerpania – obolały, wręcz umierający, obwinia się o śmierć rodziny. Jest gotów zrobić wszystko, by ocalić Edena. June, która też ma wyrzuty sumienia, zdaje sobie sprawę, że odpowiedzialność za los bliskich Daya spada także na nią. W międzyczasie umiera Elektor Primo, a władzę po nim obejmuje jego syn – Anden. Nowy Elektor nie ma zbytniego poparcia wśród Senatu i armii. Spokój w Republice wisi na włosku, wszystko może doprowadzić do rewolucji. Gdy Day i June docierają do Patriotów dostają ultimatum – wykonają misję, a w zamian za to Eden zostanie odbity od władz Republiki. Ślepo zgadzają się na postawione warunki, jednak gdy dowiadują się na czym ma polegać ich misja nadciągają wątpliwości. Czy zabicie Andena to naprawdę jedyny sposób na spokój w Republice? Mimo wszystko postanawiają wykonać przydzielone im zadanie. Jednak gdy June podczas wykonywania zadania poznaje prawdziwe oblicze Elektora zaczyna się wahać. Może Patrioci się mylą i to właśnie Anden jest nadzieją na nowy początek?
Czytając pierwszą  część, automatycznie narobiłam sobie ogromną ochotę na drugą, jednak pojawiły się też wątpliwości. Co będzie, jeżeli „Wybraniec” nie okaże się tak dobry jak „Rebeliant”? Czy przeżyję taki zawód? Na szczęście kontynuacja okazała się tak samo dobra, a nawet lepsza. Lu Autorka podniosła sobie poprzeczkę jeszcze wyżej i nie mogę się doczekać, aż zagłębię się w lekturę trzeciej części „Legendy”.
Akcja nabiera tempa już od pierwszej strony i nie zatrzymuje się. Cały czas coś się dzieje. Poznając historię zarówno od strony Daya, jak i June nie można narzekać na nudę. Napięcie trzyma w niepewności prawie na każdej stronie, więc tej książki się nie czyta – ją się pożera. Cały czas chce się wiedzieć więcej i więcej, być już na następnej stronie i wiedzieć w końcu, czy aby na pewno powieść skończy się tak jak myśleliśmy, czy może autorka zaskoczy nas niecodziennym i niespodziewanym rozwiązaniem.
A bohaterowie? Nie mam zastrzeżeń. Jeszcze głębiej poznajemy ich psychikę, jeszcze lepiej zapoznajemy się z ich celami i marzeniami, mamy jeszcze większą możliwość rozpracować ich system myślenia. Są jeszcze lepiej wykreowani niż w pierwszej części, jeszcze prawdziwsi i jeszcze bardziej żywi (o ile to jest możliwe). Mimo młodego wieku dorośli, dojrzeli. Ich związek został wystawiony na próbę, co łamie wszelkie schematy. W powieściach często przedstawiona jest miłość idealna, a przecież tak naprawdę w wieku kilkunastu lat nie może być mowy o dozgonnej miłości do końca życia. To nierealne.
Książka, jak każda inna ma wady i zalety. Nad tymi drugimi mogę się rozwodzić całymi dniami, jednak wady… o nich wolałabym nie wspominać. Bo po co psuć ogólny wizerunek książki? Ale jak już piszę, to napiszę wszystko, co mi się nasuwa na myśl. Najgorsze w „Wybrańcu” były literówki. Napiszecie, że się niepotrzebnie czepiam, przecież każdemu może się zdarzyć. Owszem, każdemu… Ale tyle błędów, ile naliczyłam, to ścierpieć trudno. Jednak to wina wydawnictwa, a jedyne co mogę wytknąć autorce, to zakończenie. I bynajmniej nie dlatego, że mi się nie podobało. Chodzi o to, że… jak można zakończyć  w TAKIM momencie?! No ludzie, miejcie litość! Gdyby nie fakt, że trzecia część już stoi na mojej półce, nie wiem, czy bym przeżyła.
„Wybrańcu” mogłabym napisać jeszcze bardzo dużo, ale nie chcę przynudzać. Wolę, żebyście zamiast czytać następne 7 akapitów recenzji, przeczytali „Wybrańca”. Bo chyba lepiej czytać książkę, niż o książce, prawda? Choć to drugie też sprawia mnóstwo radości. :D
Polecam!

Recenzja była opublikowana na poprzednim blogu.

wtorek, 21 października 2014

"Legenda. Rebeliant". Dwoje bohaterów, dwa różne światy.

Autor: Marie Lu
Tytuł polski: "Legenda. Rebeliant"
Tytuł oryginalny: "Legend"
Data wydania: 15 października 2012
Wydawca: Zielona Sowa
Seria: Legenda 1#
Liczba stron: 304
Gatunek: dystopia, antyutopia, science fiction
Moja ocena: 9/10

Dwa odmienne światy. Dwoje różnych bohaterów.

Już po pierwszym zdaniu wiedziałam, że „Legenda. Rebeliant” nie będzie zwykłą książką – to będzie książka wyjątkowa!

Przyszłość. Stany Zjednoczone podzieliły się na Republikę i Kolonie. Republika ma ogromną władzę, ale jest też pełna skrajności – bogactwo i ubóstwo, bieda i dostatek, prawda i kłamstwo. Toczy walkę z Koloniami, nie cofnie się przed niczym by wygrać. W tym kraju mają szczęście, lub nieszczęście, mieszkać setki tysięcy ludzi. Wśród nich znajdują się June i Day. June – geniusz militarny, niesamowicie zdolna i spostrzegawcza dziewczyna z dobrego domu. Wysoko postawieni ludzie wiążą z nią wielki plany i nadzieje. Oraz Day – nieuchwytny przestępca, postrach Republiki. Dziecko ulicy z trudną przeszłością, ale jednak niesamowicie zdolny i zręczny. Gdy brat June zostaje brutalnie zamordowany wszystko wskazuje, iż sprawcą morderstwa jest Day. Jednak nie zawsze wszystko jest takie, jakie się wydaje, a motywy, którymi kieruje się Day nie są do końca podłe. Jak potoczą się ich losy dwójki tak różnych od siebie piętnastolatków?

Bohaterowie powieści są świetnie wykreowani. Ani zbyt banalni, ani zbyt skomplikowani. Zarówno June i Daya już od pierwszych stron darzyłam sympatią, jednak serce skradł mi te drugi. I to bynajmniej nie dlatego, że jest chłopakiem. Książka rozpoczyna się od rozdziału opowiadanego przez niego. Pierwszego go poznałam, pierwszego polubiłam. Life is brutal. ;) Ale June też jest bliska memu sercu. Wkradła się tam na dobre wtedy, gdy poznała prawdę i zaczęła się martwić o Daya. Moją uwagę zwrócił też Eden – młodszy brat Daya. Niby niezbyt ważna osóbka, ale bez niego prawdopodobnie nie byłoby książki. W pierwszej części Legendy bohaterów jest bardzo dużo. Każdy inny, każdy ma swoją historię, każdy intrygujący.
„Dla mnie wygląda jak anioł, nawet jeśli jest aniołem upadłym.”
Powieść jest napisana z perspektywy dwóch głównych postaci – Daya i June – i muszę przyznać, że to świetny pomysł. Nie czytałam wcześniej książek, w których narratorami były dwie osoby (a przynajmniej nie pamiętam), ale ten pomysł bardzo mi się spodobał. Kocham narrację pierwszoosobową, bo można lepiej poznać bohatera. W tym przypadku poznałam od środka aż dwóch! Lepiej nie mogłam trafić. ;)

Wydawnictwo – o dziwo – nie poskąpiło książce skrzydełek. A tych skrzydełkach znajdujemy między innymi informację, że ta książka to romans. Cóż takie czasy, że w każdej książce jest wątek miłosny. Ale ostrzegam! Romansu jest tyle, co kot napłakał. I pewnie niektórych to ucieszy.

Antyutopia jest popularnym gatunkiem, dystopia również. Żeby sprostać oczekiwaniom czytelników tych gatunków trzeba mieć naprawdę dobry pomysł na historię i talent. Marie Lu napisała genialną książkę. Zawarła w niej wszystko co najlepsze – akcję, tajemnicę, zagadkę, miłość. Jak dla mnie powieść jest napisana doskonale, a prosty język najlepiej się sprawdza w tego typu powieściach.

Lubię to uczucie, gdy po skończonej lekturze zastanawiam się nad ukrytym przesłaniem. W tej powieści autorka chciała nam przekazać, że nie ważne bogactwo, ważne zdrowie i rodzina. Pieniądze szczęścia nie dają. Mimo, że „Legenda. Rebeliant” jest debiutem Marie Lu, autorka dała sobie radę. Sprostała postawionemu przez siebie wyzwaniu i napisała przepiękną, mądrą powieść. Od teraz to jedna z moich ulubionych lektur i z dumą przypiszę ją do tej kategorii. Nie mogę się doczekać, kiedy dobiorę się do kolejnych tomów.

Recenzja była opublikowana na poprzednim blogu.